poniedziałek, 12 listopada 2018

Cudowne wakacje Jadwisi

Cudowne wakacje Jadwisi


Autor: Iwona Pliszka


Jest to bajka dla dzieci, propagująca ideę programów rolno-środowiskowych


  1. WYJAZD NA WAKACJE

Trzeba jechać… Mama Jadwisi dostała właśnie szansę, która może się nie powtórzyć. Koleżanka ze studiów, która prowadzi bufet Komisji Europejskiej w Brukseli, wybiera się na wakacje do Tunezji. Zaproponowała Annie, by ta zastąpiła ją przez dwa miesiące. A tu rachunki do zapłacenia, zarobki opłakane, i w dodatku żadnej szansy na poprawę… Gdyby nie problem, co zrobić z Jadwisią, Anna nie wahałaby się ani przez chwilę. Córki jednak nie może zabrać ze sobą do Brukseli. Mała ma dwanaście lat i zespół Downa, a tam musiałaby zostawać na całe dnie sama. Chore dziecko nie zagospodaruje sobie tyle czasu i to przez ponad dwa miesiące. Chyba żeby… Tak, to jedyna szansa.

Mama Jadwisi podeszła do telefonu. Musi zadzwonić do swojej siostry w Węgorzewie, czy nie zechciałaby zaopiekować się na jakiś czas jej córką. Ciocia Małgosia wraz z mężem musi wprawdzie zajmować się gospodarstwem na skraju miasta, ale ma czwórkę dzieci, z których jedno mogłoby mieć baczenie na Jadwisię. Tylko czy się zgodzą - mają i tak niewiele z tych wakacji, cały czas praca w gospodarstwie…

Ale jak nie spróbuje, to się nie dowie. Mama Jadwisi z duszą na ramieniu wystukała numer Małgosi. Miała szczęście – siostra nie tylko była właśnie w domu, ale nawet osobiście podniosła słuchawkę. Wpadła w entuzjazm, gdy tylko usłyszała, o co chodzi.

- Ależ oczywiście, Aniu! Jedź koniecznie! O nic się nie martw, zaopiekujemy się Jadwisią. Dzieci nieraz pytały, czy ona przyjedzie do nas na wakacje.

W ten sposób już tydzień później spakowana przez mamę Jadwisia siedziała przy oknie w pociągu. Mama oczywiście jechała razem z nią. Z przysłanych przez koleżankę pieniędzy opłaciła wszystkie rachunki, kupiła bilet do Brukseli i jeszcze wystarczyło na podróż ich obu do Małgosi. Zresztą przecież nie wysłałaby dziecka samego. Co innego zdrowa nastolatka, odebraliby ją na dworcu i po kłopocie. Z chorą córką trzeba postępować ostrożnie. A przy okazji sama odwiedzi rodzinę Małgosi. Może tam nawet posiedzieć cały tydzień, zanim wróci do Warszawy, spakuje się i akurat zdąży na samolot.

Tak więc wyruszyły w podróż. Pociąg mijał równinne mazowieckie krajobrazy, pełne urodzajnych pól, łąk i lasów. Jadwisia z zainteresowaniem patrzyła przez okno. Szczególnie interesowały ją wsie, a w nich miłe obejścia z ogródkami. Przypatrywała się ich mieszkańcom, zajętym codziennymi wiejskimi sprawami.

- Już niedługo ty sama będziesz na wsi – powiedziała mama. – Cieszysz się? Pamiętasz ciocię Małgosię i wujka Władka?

Jadwisia wysiliła całą swoją inteligencję, aby rozumieć pytanie. Udało się. Potem wysiliła pamięć. Była u nich dwa lata temu, choć oczywiście nie potrafiłaby umiejscowić tego wydarzenia w czasie.

- Tak – odpowiedziała po prostu. Nic więcej dodać chyba nie byłaby w stanie.

W miarę upływu czasu płaskie równiny stawały się troszeczkę pofałdowane. Gdzieniegdzie pojawiały się też ładne jeziora. Jadwisia tego nie wiedziała, lecz był to znak, że przybliżały się do celu podróży.

Wreszcie pociąg wjechał do kolejnego miasta. Tu skończył bieg i wszyscy wysiadali. Jadwisia z mamą również wzięły swój bagaż i powoli wyszły na peron w Suwałkach.

Anna pamiętała, jak dojść na dworzec autobusowy, toteż bez większych problemów wkrótce obie jechały pekaesem do Węgorzewa. Stamtąd dopiero wujek Władek miał je zawieźć na miejsce samochodem.

Jadwisia, zwykle milcząca, teraz też nic nie mówiła. Uśmiechała się tylko do pięknych krajobrazów. Choć nie potrafiłaby tego wyrazić słowami, to widać było, że bardzo jej się ta podróż podobała.

Anna też nic nie mówiła. Nie mogła jednak opanować strachu. Co teraz będzie? Za tydzień rozstanie się z córką na prawie trzy miesiące, a nie robiła tego, odkąd Jadwisia się urodziła.

Gdy miało się to stać, Anna też była pełna strachu. Co uczyni, jak sobie poradzi z dzieckiem z zespołem Downa? Wtedy jednak było inaczej. Był z nią mąż Tomasz, kochali się, ufali, że razem stawią czoła najtrudniejszemu zadaniu.

Tata Jadwisi nie żyje już od dziesięciu lat. Zginął w wypadku samochodowym. Odkąd zostały same, ich życie stało się podwójnie ciężkie. Anna musiała wrócić do pracy. Na szczęście mała Jadwisia znalazła doskonałą opiekę w przedszkolu integracyjnym, gdzie rozwijała się tak dobrze, że dwa lata temu mogła pójść do szkoły specjalnej.

Gdzie by jednak Jadwisia nie poszła na dzień, popołudnia i weekendy zawsze spędzały razem. Dziewczynka kochała mamę tak, jak to tylko dzieci z zespołem Downa kochać potrafią. Nie wyobrażała sobie dłuższego rozstania. I teraz ją opuścić? Anna była coraz bardziej zdenerwowana.

Lecz autobus nie zważał na to i jechał dalej. I nieuchronnie zajechał w końcu do Węgorzewa. Jadwisia i jej mama wysiadły. Na przystanku już czekał na nie wielki zielony samochód wujka Władka.

- Jesteście więc! - zawołał wujek rubasznie. – Ładujcie się do tarpana. Małgosia z dziećmi w domu już na was czekają.

Anna z Jadwisią wycałowały się z wujkiem Władkiem i wygodnie rozsiadły się w tarpanie. Samochód raźno pomknął prostą drogą. Minął centrum, wjechał na przedmieścia i po kilku zakrętach już byli w prawie wiejskim obejściu Władysława i Małgorzaty.

Czwórka umorusanych dzieci otoczyła samochód. Najmłodsza dziewczynka Ola władowała się do środka. Jej siostra Ania zaglądała przez okno, a chłopcy Tomek i Bartek wskoczyli na platformę do ładowania towarów. Ciocia Małgosia ukazała się na ganku w drzwiach mieszkania.

- Dzieci, nie przeszkadzajcie! - zawołała. – Jadwisia i ciocia Ania muszą coś zjeść i odpocząć, bo są bardzo zmęczone.

- Myślisz, że ich upilnujesz? – roześmiał się wujek Władek. Pomógł gościom wydostać z samochodu bagaże i zaniósł część z nich do domu. Jadwisia z mamą poszły za nim. W kuchni już czekał na nie wielki stół nakryty przez ciocię Małgosię.

- Wymyjcie się szybko w łazience i zasiadamy do kolacji – powiedziała. – Zaraz zawołam moje dzieci i też spróbuję doprowadzić je do porządku.

Co nie okazało się wcale łatwe. Ale ciocia Małgosia miała swoje sposoby i po pół godzinie już wszyscy czyści siedzieli grzecznie za stołem. Kiedy zaczęli jeść, rozmowa potoczyła się swobodnie, jakby jej uczestnicy nigdy ze sobą się nie rozstawali.

Tylko Anna wciąż nie mogła się zrelaksować. Patrząc na uśmiechniętą Jadwisię, myślała gorączkowo – kiedy jej powiem? Najlepiej jak najszybciej, aby dziewczynka miała czas oswoić się z sytuacją… W końcu zebrała się na odwagę, wzięła głęboki oddech i popatrzyła córce w oczy.

- Jadwisiu – zaczęła nieśmiało – czy podoba ci się u cioci i wujka na wsi?

- Tak – odpowiedziała mała.

- To dobrze. Bo widzisz dziecko, ja będę musiała wyjechać, a ty zostaniesz tu na całe lato.

W tej chwili Anna wiele by dała za to, by Jadwisia jej nie zrozumiała. Ale dziewczynka pojęła, o co chodzi. W jednej chwili uśmiech zniknął z jej twarzy, oczy posmutniały, a małe usta wykrzywiły się w podkówkę.

- Nie płacz, Jadwisiu – powiedziała mama. – Muszę pojechać daleko, by zarobić pieniądze, ale niedługo wrócę i znowu będziemy razem.

Jednak córka nie dała się przekonać.

- Dlaczego nie mogę jechać z tobą? – spytała.

- Jadwisiu, to bardzo daleko i tam nie ma dla ciebie szkoły – rzekła mama. - Ja tam będę pracować, a ty jesteś chora i nie możesz zostawać sama. Tu masz ciocię i wujka, a i Bartek też zaopiekuje się tobą. Zostaniesz?

- Tak – Jadwisia opuściła głowę prawie na talerz.

Przez cały następny tydzień rzadko tylko się rozweselała. Przeważnie ani na krok nie odstępowała mamy. Gdy ta zaczęła się pakować, kilkakrotnie próbowała wcisnąć jej do torby swoje pluszaki.

- Jadwisiu, ja nie mam na to miejsca w moich bagażach. Weź misia i uśmiechnij się, niedługo po ciebie przyjadę.

Kiedy Anna wsiadała z Władkiem do samochodu, Jadwisia z misiem w ramionach smutno na nią patrzyła. Gdy zaś samochód ruszył, wtuliła twarzyczkę w misia i cicho zaczęła płakać.

Nie uspokoiła się aż do wieczora. Dopiero kładąc się spać, przyszła do siebie, a to dlatego, że wiedziała już, co ma robić. Zawsze w trudnych dla siebie chwilach zwracała się do nieżyjącego taty, aby odwiedził ją we śnie. Zawsze też mogła polegać na jego pocieszeniu i radach. Rozumiała je; gdy śnił jej się tata, mogła rozmawiać z nim tak mądrze, jak gdyby nigdy nie była upośledzona. Teraz więc, leżąc w łóżku, spojrzała w sufit i starała się skoncentrować.

- Tato – poprosiła szeptem – przyjdź do mnie. Mama pojechała, jestem taka samotna… Powiedz co robić, jak przeżyć bez niej całe lato?

Gdy to mówiła, łzy znowu zaszkliły się w jej oczach. Zarazem jednak w serduszko weszła pewność, że tata przecież nie zostawi jej samej. Była prawie szczęśliwa – oto znowu się z nim zobaczy. I tak rozmyślając i cicho pochlipując, zasnęła.

I rzeczywiście – we śnie odwiedził ją tata. Wszedł do jej pokoiku, uśmiechnął się, usiadł na brzegu lóżka i ją pogłaskał. Od razu poczuła się inteligentniejsza. Zupełnie jakby mądrość wpłynęła do jej główki, napełniając ją i lecząc zespół Downa.

- Tatusiu – uśmiechnęła się Jadwisia do swojego snu. – Jak dobrze, że do mnie przyszedłeś. Mama wyjechała do Brukseli zarabiać dla nas pieniądze. Ale mnie jest tak smutno bez niej i dlatego cię zawołałam.

- Wiem – odpowiedział tata. – Lato szybko minie i mama do ciebie wróci. Żebyś jednak nie czuła się samotna, dam ci zdolność rozmawiania ze zwierzętami. Tego lata będziesz rozumiała ich mowę, jak również wszyscy, który będą przy tobie. Ale z dala od ciebie już nie będą z nimi rozmawiali. Zobaczysz, jak wiele do powiedzenia tobie będą miały zwierzęta domowe i polne!

- Ale tatusiu – zapytała Jadwisia – jak ja będę z nimi rozmawiała? Przecież jestem upośledzona. Czy będę rozumiała, co one do mnie mówią?

- A czy rozumiesz, co ja do ciebie mówię? – zapytał tata.

- Ty, to co innego. Kiedy mi się śnisz, jestem zawsze taka inteligentna, jakbym była zupełnie zdrowa. Ale ze zwierzętami będę się spotykała w dzień. Czy wtedy także będę taka mądra?

- Tak – odpowiedział tata. – Rozmawiając ze zwierzętami, będziesz tak samo inteligentna, jak wtedy, gdy odwiedzam cię nocą. Będzie ci to potrzebne, bo masz tu tego lata do wypełnienia ważne zadanie.

- Jakie zadanie? – zapytała Jadwisia.

- Dowiesz się, gdy je wypełnisz – powiedział tata. – Na razie to tajemnica. Lubisz tajemnice, prawda? Zdradzę ci tylko, że dla wypełnienia tego zadania jest bardzo ważne, żeby mama pojechała do Brukseli. Ona też będzie miała swój udział w tym zadaniu.

- O, to ja w takim razie nie będę już płakać, że mama wyjechała – postanowiła sobie mocno Jadwisia.

- Słusznie – pochwalił ją tata. – Tym bardziej, że mama wkrótce do ciebie wróci. A teraz śpij spokojnie i miej słodkie sny do samego rana.

- Najsłodszy sen to ten, że ty do mnie przyszedłeś, tatusiu…

Słysząc te słowa córki, tata uśmiechnął się i delikatnie pocałował ją w czoło. Potem wstał i wyszedł z jej pokoju. A Jadwisia spała słodko do samego rana, uśmiechając się do czekającej ją przygody.

    1. W OBEJŚCIU

Nazajutrz Jadwisia obudziła się rześka i wypoczęta. Smutek minął; ubrała się i na śniadanie zeszła już całkowicie pogodzona z losem. Wraz z dziećmi cioci Małgosi z apetytem zjadła usmażone przez nią naleśniki i wypiła kakao. Była ciekawa, jak też minie jej pierwszy dzień rozmów ze zwierzętami.

- Bartek, zaopiekujesz się Jadwisią? – zapytał syna wujek Władek. - My z mamą mamy dziś bardzo dużo pracy.

- Pewnie! – odrzekł wesoło chłopak. – Chodź Wiśka, idziemy do stodoły się bawić!

Dzieci wujostwa uwielbiały się bawić w stodole. Dwunastoletni Bartek dyrygował, lecz i bez niego rodzeństwo mogłoby cały dzień skakać po słomie i nacierać się sianem. Teraz siana i słomy było mało, w końcu już za półtora miesiąca nowe zbiory. Jednak pachnący drewnem budynek stodoły był ciekawy o każdej porze roku. Można się było wspinać po drabinach, skakać z podestów, wznosić budowle z balotów słomy, jakie jeszcze zostały. Młodsze rodzeństwo Bartka z entuzjazmem więc powitało jego pomysł.

- Weźcie mleko dla kotów – powiedziała ciocia Małgosia. – I pamiętajcie, by nie robić bałaganu, bo przyjdę sprawdzić!

Jadwisię oczywiście najbardziej teraz zainteresowały koty. Od razu rozejrzała się za nimi, wchodząc do stodoły. Cała ich gromadka miękko podbiegła do dzieci, oczekując na przydział mleka.

- Witaj! - powiedziała Jadwisia do prowadzącej czwórkę kociąt kotki. – Jak miewają się twoje dzieci?

- Dorastają – odpowiedziała kotka. – Już od pewnego czasu uczę je polować. Dziś przyniosłam im żywą mysz. Sporo musiały się natrudzić, żeby ją złapać.

- Wiśka, ty rozmawiasz z kotami! - krzyknął Bartek. – I ja też rozumiem ich mowę!

- Ja też ją rozumiem – powiedziała dziesięcioletnia Ania. – Wiśka, jak ty to robisz?

- Śnił mi się mój zmarły tata i mnie nauczył – odpowiedziała Jadwisia. – Powiedział, że w mojej obecności inni też będą rozmawiać ze zwierzętami. Tomek i Ola też potrafią. Ale nie mówcie dorosłym…

- I tak by nam nie uwierzyli. Powiedzieliby, że zmyślamy – rzekł Tomek, bliźniak Ani.

- Nic nie powiemy – zadecydował Bartek. – Ale wiecie co? Chodźmy do obory. Może uda się porozmawiać z krowami.

Tymczasem koty wypiły mleko z miseczek, napełnili więc im je na potem. Sami natomiast skierowali się do drzwi w jedynej murowanej ścianie zbudowanej z desek stodoły. Za nimi znajdowała się obora.

Po drodze jednak Jadwisia zauważyła jaskółkę dymówkę. Ptak wleciał przez szparę między deskami ściany i skierował się do gniazda pod krokwią. Zawisając w powietrzu, jaskółka dała jeść pisklętom i zawróciła z powrotem do szpary.

- Zaczekaj, ptaszku! - zawołała Jadwisia. – Chcę z tobą porozmawiać!

- Nie mogę – odpowiedział ptak. – Moje pisklęta są głodne. Cały czas muszę łapać dla nich owady, aby przeżyły i wyrosły na silne, zdrowe jaskółki. Przyjdź wieczorem.

To mówiąc, ptaszek śmignął przez szparę i już go nie było. Jadwisia natomiast dogoniła rodzeństwo kuzynów, którzy już wchodzili do obory.

Dwa rzędy krów stały w boksach wzdłuż żłobu, zajadając paszę transportowaną dla nich taśmociągiem. Była to nowoczesna obora. Dzieci podeszły do pierwszej pary boksów, bo tylko do tych krów mogły podejść od strony innej niż od zadu.

- Witaj – powiedziała Jadwisia do pierwszej krowy. – Czy smakuje ci twoja pasza?

- Trudno powiedzieć – odpowiedziała krowa. – Odkąd poprzedni właściciele sprzedali mnie i przyszłam tutaj, codziennie jem to samo. Rano i w południe mieszanka, wieczorem siano. Tęsknię do poprzedniego gospodarstwa.

- Czy było ci tam lepiej? – zapytała dziewczynka.

- O, zdecydowanie tak. Na dzień gospodyni wyprowadzała mnie na pastwisko, gdzie mogłam skubać trawę. Na noc wracałam do obory, gdzie leżałam na sianie, a nie na gumowej podłodze. Tutaj nie ruszam się z boksu, gdzie jedynymi wydarzeniami są udoje rano i wieczorem. Schudłam tu i mniej mleka daję.

- A ty, co o tym myślisz? – spytał Bartek drugiej najbliższej krowy.

- Ja się tu urodziłam i przywykłam do takiego życia. Lecz rzeczywiście, lepiej było mi, gdy jako cielę biegałam po zagrodzie.

Dzieciom zrobiło się smutno, sześcioletnia Ola omal się nie popłakała. Ale co mogły na to poradzić? Najstarszy Bartek postanowił, że jak dorośnie, będzie wyprowadzał na pastwisko swoje krowy.

Smutni wrócili do stodoły. Jadwisia cicho powiedziała Bartkowi o jaskółce, z którą umówiła się na wieczór na rozmowę.

- Jak myślisz, czy wasi rodzice pozwolą mi tu przyjść wieczorem?

- Niebyt chętnie. Ale ja zgubię tu dzbanek na mleko dla kotów. Wieczorem przypomnę sobie o nim i przyjdę z tobą, by go zabrać.

Jadwisi spodobał się ten pomysł. Zaraz ukryli dzbanek w kącie, aby zapomnieć go, gdy będą wracać do domu.

Tymczasem Ola miała pewną prośbę.

- Słuchaj Bartek, a może pójdziemy na podwórko i porozmawiamy z Burkiem?

Wszystkim się ta idea spodobała. Pies był jedynym zwierzęciem poza kotami, z którym dzieci mogły się tutaj bawić. Znały go więc doskonale.

- Jak się masz, Burku? – pozdrowiła go Jadwisia, gdy przybyli do jego budy. – Dobrze ci tu jest na podwórku?

- Dziękuję, w zasadzie dobrze – Burek przywitał ich, machając ogonem. – Tylko dzień spędzam na podwórku. Na noc spuszczają mnie z łańcucha, mogę wtedy biegać i łapać zające.

- Jesteś głodny, że musisz polować? – zapytał Bartek.

- Nie, ale od was dostaję tylko kaszę na mięsnym wywarze. O potrzebne mi do życia mięso muszę zadbać sam. Ale nie narzekam. Wolałbym tylko na dzień mieć nieco dłuższy łańcuch.

- A, dzieci, tu jesteście! - ciocia Małgosia wychyliła się z domu. – Chodźcie już na obiad. Tylko niech Ania pójdzie do kurnika pozbierać jajka.

- I weź Wiśkę ze sobą – dodał Bartek.

Bartkowi zresztą chodziło nie tylko o to, by Jadwisia miała okazję porozmawiać z kurami. Chciał się przekonać, czy bez jej obecności nadal będzie rozumiał psa. Jednak gdy tylko jej zabrakło, próżno przemawiali do Burka i zadawali mu pytania. W odpowiedzi słyszeli tylko szczekanie. Skierowali się więc w stronę domu.

- Tylko pamiętaj! - przypomniał jeszcze Bartek Oli. – Umawialiśmy się! Ani mru mru dorosłym!

- Dobrze, dobrze – odpowiedziała Ola.

Tymczasem Ania z Jadwisią podeszły do wybiegu kur. Ania odryglowała furtkę i obie znalazły się w środku.

- Jedzenie! - zawołały chórem kury i jedna przez drugą zaczęły się tłoczyć przy korytku. Ania otworzyła więc beczkę z karmą i dosypała im dwa jej wiadra. Następnie wzięła koszyczek na jajka i zniknęła w kurniku.

Jadwisia zaś przyglądała się, jak kury dziobią karmę.

- Smakuje wam? – zapytała.

- Owszem – odpowiedziała kura – ale to ciągle to samo. Wolałybyśmy chodzić swobodnie po podwórku i wygrzebywać pędraki.

- Byłybyśmy szczęśliwsze – dodała inna kura – a i nasze jajka bardziej by wam smakowały.

Ania wróciła, niosąc w koszyczku kilka jajek. Kiedy szły do domu, Jadwisia powiedziała jej, że kury chciałyby być wypuszczane.

- Tak – odparła Ania – i jajka są wtedy smaczniejsze. Ale mama nie lubi, kiedy kury plączą się pod nogami.

Gdy wróciły do domu, ciocia Małgosia uśmiechnęła się na widok jajek.

- Tak myślałam, że będzie kilka po południu – powiedziała. – Bo rano było mało.

Dziewczynki umyły się szybko i zasiadły za stołem. Podczas obiadu okazało się, że obawy Bartka były nieuzasadnione. Nawet najmłodsza Ola umiała trzymać język za zębami i mimo radosnej paplaniny tajemnica została nienaruszona.

Bartkowi zależało też, by po obiedzie nie wracali do stodoły. Młodsze rodzeństwo nie powinno bowiem wiedzieć, że dzbanek na mleko dla kotów ma pozostać zapomniany do wieczora.

- A po obiedzie czas na deser – zawyrokował. – Idziemy do ogródka na truskawki!

Wszystkim dzieciom bardzo się to spodobało. Podążyli więc zgodnie za dom, a na wszelki wypadek Bartek zabrał jeszcze piłkę ze sobą. Popołudnie i wieczór minęły więc szybko na zajadaniu truskawek i grze w piłkę na nieużytkach za ogródkiem.

W pewnym momencie Jadwisia zauważyła małego kolorowego ptaszka. Uwijał się wśród dmuchawców, a jego czerwona czapeczka połyskiwała w słońcu.

- Kim jesteś, ptaszku? – zapytała dziewczynka. – Jak się nazywasz?

- Jestem szczygłem – odpowiedział ptak. – Zbieram nasiona i owady dla moich piskląt, które siedzą w gnieździe na drzewie. Ich matka poleciała w drugą stronę i też szuka pożywienia dla nich.

- A dużo macie piskląt? – zapytała jeszcze Jadwisia.

- Piątkę. Z trudem je wykarmiamy – rzekł szczygieł i pofrunął w stronę gniazda. Jadwisia pomachała mu na pożegnanie, chwyciła piłkę i wróciła do zabawy.

W końcu słońce zaczęło się chylić ku zachodowi.

- Dzieci, na kolację! - ciocia Małgosia wychyliła się przez okno. – Dość już żeście się nabiegali!

Trzeba więc było wracać. Bartek z Jadwisią zostali nieco z tyłu i jeszcze raz cichutko powtórzyli swój plan.

- Żeby się tylko udało… - westchnęła dziewczynka.

W domu wszyscy szybko umyli się i zjedli kolację. Kiedy najmłodsza trójka udała się już do sypialni, oni oboje zostali w kuchni pod pretekstem zmywania naczyń. Ale i z tym szybko się uporali. Trzeba więc było działać.

- Mamo, musimy iść do stodoły! - zawołał Bartek. – Zapomniałem wziąć ze sobą dzbanek.

- Może tam zostać na noc. Weźmiecie go rano – ciocia Małgosia powiedziała na to.

- Ciociu, pójdziemy teraz – poprosiła Jadwisia. – Chcę zobaczyć, jak Bartek świeci latarką.

- No dobrze – zgodziła się ciocia Małgosia. – Ale wracajcie szybko. Jest już prawie dziewiąta.

Dzieciom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Zerwały się na nogi i błyskawicznie wybiegły na dwór. Bartek w ostatniej chwili chwycił w sieni latarkę.

Razem otworzyli jakoś zamknięte już na noc drzwi stodoły. Zapalili latarkę i ostrożnie weszli do środka. Znaleźli gniazdo. Pisklęta się już schowały, a dwie dorosłe jaskółki siedziały przy gnieździe na krokwi.

- Czekamy na ciebie – powiedział do Jadwisi jeden z ptaków. – Słońce zaszło, owady już nie latają. Teraz możemy porozmawiać.

- Cały dzień polujemy na owady – rzekł drugi ptak. – Nasze pisklęta muszą być silne i dobrze odżywione. Jesienią czeka nas daleka droga, aż do Południowej Afryki.

- Ojej! - krzyknął Bartek. – To lecicie dalej niż bociany! A dużo macie tych piskląt?

- Tylko czworo – odrzekła jaskółka. – Może następny lęg będzie nieco liczniejszy…

- Wiele z nas nie wraca z zimowania – wyjaśnił drugi ptaszek. – Musimy mieć dużo dzieci, by jaskółek dymówek nie zabrakło. Ważne jest dla nas, by była ładna pogoda i by nikt nie zatykał nam wejść do stodoły. Tego ostatniego problemu nie mają jaskółki oknówki, one gnieżdżą się na zewnątrz w oknie.

- Wiem – powiedziała Jadwisia. – Akurat w moim oknie mają gniazdo. Ale jeszcze z nimi nie rozmawiałam.

- Musimy już iść – przypomniał sobie Bartek. – Wiśka, weź z kąta dzbanek, o mało o nim nie zapomniałem!

Jadwisia zabrała dzbanek i oboje poszli do domu. Zasypiając tego wieczoru, dziewczynka postanowiła porozmawiać jeszcze z jaskółkami oknówkami. A tak w ogóle to była zadowolona i cieszyła się z pierwszego dnia swojej pięknej, wakacyjnej przygody.

    1. NA PODDASZU

W ciągu następnych dni Jadwisia kontynuowała swoje rozmowy ze zwierzętami. Wymieniała uprzejmości z psem Burkiem, który chwalił się sukcesami w nocnych polowaniach. Zagadywała do krów w oborze. Pozdrawiała kury na ich wybiegu. Towarzyszyła matce kociąt w trudnej sztuce uczenia dzieci dorosłego kociego życia.

Udało się jej też porozmawiać z jaskółkami oknówkami, które odtąd co rano wesoło ją pozdrawiały. Pod dachem domu wypatrzyła gniazdko szarego ptaszka, który przedstawił się jej jako kopciuszek. Po podwórku kręciły się wróble i mazurki. Z nimi też Jadwisia porozmawiała.

Wkrótce znały ją i bociany, które z wielkiego gniazda na dachu odlatywały szukać pożywienia pośród łąk. W sadzie poznała kwiczoły, kosy i kilka szpaków. Sikory bogatki cieszyły się z budki lęgowej, zawieszonej dla nich przez wujka Władka. Wszystkie ptaki, z jakimi rozmawiała, miały taki sam problem – wykarmić swoje pisklęta. Wszystkie uwijały się przy tym całymi dniami.

Jadwisia nie zapominała też i o zabawie. Wspólnie z kuzynami urzędowała w stodole, grała w piłkę na nieużytkach za ogrodem. Pomagała też im, gdy karmili zwierzęta gospodarskie.

Któregoś dnia pod wieczór poszli do ogródka pozbierać ziołana kolację. W jego kącie Jadwisia usłyszała głośne szuranie. Gdy podeszła, zobaczyła jeża, który na jej widok zwinął się w kulkę nastroszoną kolcami.

- Nie bój się, jeżu – powiedziała dziewczynka. – Nie zrobię ci krzywdy. Chciałabym tylko z tobą porozmawiać.

Jeż rozwinął się i spojrzał na nią.

- Jestem głodny – odparł. – Właśnie obudziłem się i wyszedłem z mojej kryjówki w stercie kompostu. Szukam na ziemi pędraków.

- A czy masz dzieci? – zapytała Jadwisia.

- Jestem samcem – odpowiedział jeż – i nie wychowuję potomstwa. Samica z moimi dziećmi mieszka niedaleko na łące.

Jadwisia postanowiła poprosić Bartka, żeby wybrali się na łąkę. Do tej pory bowiem przebywali tylko w pobliżu domu. Chciała pójść z kuzynami na dalszy spacer i porozmawiać z dzikimi zwierzętami.

Tymczasem jednak nadarzyła się inna okazja. Któregoś dnia po obiedzie dzieci bawiły się jak zwykle w stodole. Przed kolacją przyszła ciocia Małgosia i powiedziała:

- Bartek, tata właśnie załatał dziurę w dachu. Idź posprzątać na strychu, bo trochę gruzu poleciało.

- A mogę zabrać Wiśkę? – zapytał Bartek.

- Musisz wszędzie ją ze sobą brać? – zdziwiła się ciocia Małgosia. – Ale dobrze, byle ci tylko nie przeszkadzała.

- Mamo, my też pójdziemy! - zawołała Ania.

- Co to, to nie. Za dużo by tam was się plątało. Chodźcie pomóc mi przygotować kolację.

Cała szóstka wróciła więc do domu. Młodsze rodzeństwo z mamą skręciło w stronę kuchni, a Bartek chwycił klucz na strych i wraz z Jadwisią skierował się po schodach na górę.

Dawno już nie był na strychu. Dzieci miały tam wstęp zakazany, odkąd przyniosły stamtąd do domu różne stare rzeczy do zabawy. Na strychu bowiem lądowało to, co niepotrzebne, nie licząc oczywiście kupionych w młynie worków z makaronem, mąką i kaszą. Te ostatnie ciocia po odrobinie znosiła z góry do spiżarni.

Dzieci wspięły się na wąskie schody w korytarzu, otwarły drzwi i weszły na strych.. Bartek od razu wziął się do zamiatania. Jadwisia natomiast rozglądała się ciekawie po tym nowym dla niej pomieszczeniu. Nigdy jeszcze nie była na żadnym strychu. W swoim bloku w Warszawie nie miała przecież takiej okazji.

Wtem usłyszała cichy szelest w ścianie. Poszła w tamtym kierunku, spodziewając się jakiegoś zwierzątka do porozmawiania. I rzeczywiście, znalazła nietoperze w szparze między cegłami.

- Witajcie – zagadnęła do nich. – Nie zrobię wam nic złego. Chciałabym tylko z wami porozmawiać.

- A nie będziesz robiła remontu? – spytał nietoperz. – W zeszłym roku w lipcu zrobiono tutaj remont. Nasze dzieci wszystkie poginęły, bo nie potrafiły jeszcze latać.

- Remont był konieczny – wtrącił Bartek, który właśnie podszedł wziąć stamtąd szufelkę. – W końcu to nasz dom, my tutaj mieszkamy.

- Ale gdybyście zaczekali z tym do połowy sierpnia, to my bezpiecznie odleciałybyśmy już razem z naszymi dziećmi. W lipcu były jeszcze na to za małe.

- Powiem cioci, by więcej nie robiła remontu w początkach lata – obiecała Jadwisia zwierzątkom.

- Ciekawe, jak to uzasadnisz? – wtrącił się Bartek.

- Powiem, że to szkodzi nietoperzątkom – wyjaśniła po prostu Jadwisia.

- A skąd to wiesz? – Bartek nie dawał za wygraną. – Będziesz musiała się przyznać, że rozmawiasz ze zwierzętami.

- To się przyznam. Nietoperze są ważniejsze od tajemnicy – zadecydowała dziewczynka śmiało.

Bartek wrócił więc do sprzątania. Jadwisia tymczasem dalej rozglądała się po strychu. Nagle przez okno w dachu wskoczyło jakieś większe zwierzę.

- Kim jesteś? – zapytała je Jadwisia.

- Jestem kuna, czyli kamionka – odrzekło stworzenie. – Przyszłam tu polować na myszy. Zwykle robię to nocą, ale teraz mam do wykarmienia pięcioro młodych. Trochę nie nadążam z polowaniem.

- Powodzenia – Jadwisia, jak zwykle wszystkim życzliwa, życzyła kunie wszystkiego najlepszego.

- Chodź, Wiśka! - Bartek skończył zamiatać. – Idziemy na kolację!

Wrócili więc oboje do domu, umyli się i zasiedli za stołem. Jedząc kolację, Jadwisia wciąż myślała o nietoperzątkach. W końcu zebrała się na odwagę i powiedziała:

- Nie wolno w lipcu robić na strychu remontu. Trzeba poczekać, aż małe nietoperze dorosną.

- Coś takiego! - zdziwił się wujek Władek.

- Bo Jadwisia rozmawia ze zwierzętami! – z okazji do wyjawienia tajemnicy skorzystała natychmiast Ola.

- Naprawdę? – spytała ciocia Małgosia z niedowierzaniem.

- Jasne! - powiedział Tomek. – Wiśka, pokaż!

Ania wskazała małą myszkę, która przycupnęła na chwilę przebiegając przez środek kuchni.

- Zaczekaj, myszko! - zawołała Jadwisia. – Chcemy z tobą porozmawiać!

- Zastawiacie na nas pułapki – pisnęła mysz – a teraz to chcecie rozmawiać? Po ludziach się niczego dobrego spodziewać nigdy nie można.

I mysz zniknęła w zakamarku podłogi.

- Coś takiego! - zdziwił się wujek Władek.

- Ale dlaczego nie wolno robić remontu? – zapytała ciocia Małgosia.

- Bo małe nietoperze nie umieją wtedy jeszcze latać – odrzekła Jadwisia – a dorosłe nie mogą ich karmić podczas remontu. Trzeba poczekać do połowy sierpnia, wtedy nietoperzątka są już dorosłe. A przynajmniej na tyle duże, że same sobie poradzą.

- Będę pamiętał – obiecał wujek Władek. – Ale dlaczego nic nie mówiłaś, że rozmawiasz ze zwierzętami? Jesteś tu już przecież ponad miesiąc i nigdy się nie przyznałaś…

Tego wieczora wszyscy długo siedzieli przy ustawionym na środku kuchni stole. Gdy się ściemniło, zapalili lampę nad stołem. Jadwisia opowiadała, jak przyśnił się jej tatuś i co jej mówił. A ciocia Małgosia i wujek Władek słuchali.

    1. W POLU

Okazja na to, aby wybrać się dalej, nadarzyła się pod koniec lipca. Wtedy właśnie ciocia Małgosia powiedziała:

- Dzieci, potrzebuję waszej pomocy. Musimy pojechać na pole i przepielić marchewkę.

- Dobrze, ale co zrobimy z Olą i z Wiśką? – spytał Bartek.

- Będziesz musiał się nimi zająć. Możecie spacerować po polu, kiedy my, a także Tomek i Ania, będziemy pracowali.

W ten sposób Jadwisia z kuzynami pojechali tarpanem na pole. Wujostwo i bliźniaki wzięli się za motyki, a Bartek zaopiekował się pozostałymi dziewczynkami.

- Możemy poszukać jakichś zwierząt – powiedział. – Z polnymi zwierzętami jeszcze nie rozmawialiśmy.

I dzieci wyruszyły wzdłuż zboża. Zboże sąsiadowało z polem marchwi i ciągnęło się aż do niewielkiego zagajnika w dole terenu, a z drugiej strony marchewki rosły ziemniaki. Natomiast po drugiej stronie drogi wujostwo uprawiało zielone rośliny na siano, za którymi płynęła ta sama rzeczka, którą dzieci widziały już, grając w piłkę za domem. Nieco dalej rozlewała się ona w małe jeziorko.

Dzieci szły więc wzdłuż zboża w stronę lasku. Nad zbożem śpiewał skowronek, ale Jadwisia go nie zawołała. Niech sobie śpiewa – pomyślała. Przyjemność jej sprawiało słuchanie jego melodii.

Wśród pędów marchwi grzebało w ziemi stadko kilkunastu ptaków wielkości gołębia.

- To kuropatwy – powiedział do Jadwisi Bartek. – Dwoje rodziców i tegoroczne pisklęta. Mieszkają w polu.

- Witajcie – pozdrowiła Jadwisia ptaki. – Jak wam się żyje na polu mojego wujka?

- Dobrze – odpowiedziała dorosła kuropatwa. – Choć wolelibyśmy, by było trochę więcej miedz pomiędzy uprawami. Tam najłatwiej wygrzebać z ziemi jakieś owady.

- I na łące – dodał drugi ptak. – Ale tam nieraz pisklęta giną pod ostrzami kosiarki. Dobrze by było, by ludzie stosowali w kosiarce specjalne wypłaszacze. Nasze dzieci miałyby wtedy czas umknąć przed maszyną.

- Powiem to dorosłym – powiedział Bartek.

- Życzę wam – dodała Jadwisia – by pisklęta dobrze się wychowały.

- Pa, pa – Ola pomachała ptakom na pożegnanie.

Kuropatwy dalej grzebały w ziemi, a dzieci dotarły w końcu do zagajnika. Przed nim była właśnie miedza, taka, o której mówiła kuropatwa. Rosły na niej dzikie trawy i zioła, a na kamieniu wygrzewał się brązowy wąż.

- Żmija! - Bartek pochwycił w rękę kamień.

- Spokojnie, nie jestem żmiją – powiedział wąż. – Jestem gniewoszem. Odrzuć kamień, bo ja jestem dla was zupełnie nieszkodliwy.

Jadwisia zabrała Bartkowi kamień i odrzuciła go za siebie.

- Nie zrobimy ci krzywdy – powiedziała. – Bartek niepotrzebnie się zdenerwował.

- Wielu ludzi się denerwuje, biorąc mnie za żmiję – odrzekł gniewosz. – Czasem trudno mi umknąć przed ich kamieniami. Lepiej byście zrobili, układając te kamienie w sterty na miedzach, my gniewosze mogłybyśmy wtedy w nich zimować.

- Dlaczego mielibyśmy ci ułatwiać życie? – spytał Bartek. – Jesteś w końcu tylko gadem.

- Dlatego, że jestem dla was pożyteczny – odparł wąż – ponieważ żywię się między innymi myszami.

- Nie słuchaj go – powiedziała wężowi Jadwisia. – Mnie się podobasz. Mam nadzieję, że znajdziesz miejsce, gdzie mógłbyś przezimować.

Nagle gniewosz zerwał się i umknął do lasku. Dzieci zobaczyły, dlaczego to zrobił – próbował go upolować niewielki ptak.

- Dlaczego atakujesz węża? – zapytała ptaka Jadwisia.

- Jestem głodny – odpowiedział. – Ten gniewosz był jeszcze dość mały, w sam raz jak dla mnie. Ale uciekł. Może uda mi się złapać mysz albo jakiegoś dużego owada.

- Kim jesteś, ptaszku? – zapytała dziewczynka. – Jak się nazywasz?

- Jestem dzierzbą srokoszem. Mieszkam tu w tym zagajniku – odparł ptak.

- Jak ci się żyje? – chciała jeszcze wiedzieć Jadwisia. – Czy masz pisklęta?

- Moje tegoroczne pisklęta już się usamodzielniły – odparł srokosz. – Poleciały poszukać sobie innych śródpolnych zagajników. Niestety, jest ich dla nas o wiele za mało. Nie bardzo mamy gdzie żyć i dlatego nasza liczba ciągle spada.

- Mam nadzieję, że sobie poradzą – rzekła o pisklętach dzierzby Jadwisia. – Czy czegoś potrzebują jeszcze?

- Tak – rzekł srokosz. – Potrzebne nam kolczaste krzewy w zagajnikach – tarnina, dzika róża, głóg. Nie mamy szponów i żeby zjeść naszą zdobycz, musimy nabić ją na kolec. Wtedy można ją podzielić dziobem.

- A czy tutaj masz takie krzewy? – spytała Ola.

- Tak, tutaj na szczęście są.

Srokosz złapał w locie dużego chrząszcza i poleciał nabić go na kolec. Tymczasem Ola zerknęła tęsknie na kamień, z którego uciekł przed srokoszem wąż. Zapytała:

- A może się poopalamy?

I nie czekając na odpowiedź pozostałych, usiadła na kamieniu, wystawiając twarzyczkę do słońca. Bartek usiadł na ziemi i też poszedł w jej ślady. Tylko Jadwisia nadal rozglądała się po okolicy. Wypatrzyła w zbożu mysz badylarkę, która bardzo sobie chwaliła życie pośród dojrzewających kłosów. Szara ropucha natomiast skarżyła się na brak miedz, podobnie jak wcześniej kuropatwa.

Po pewnym czasie Bartek spojrzał na zegarek. Dochodziła druga po południu.

- Musimy wracać – powiedział do pozostałych. – O wpół do trzeciej mamy być przy tarpanie.

Posiedzieli jeszcze parę minut i ruszyli do samochodu. Tam spotkali się z resztą rodziny i razem z nimi pojechali do domu. Podczas gdy ciocia Małgosia podgrzewała przygotowany poprzedniego dnia obiad, wujek Władek poszedł nakarmić zwierzęta gospodarskie.

Po obiedzie wszyscy znów pojechali na pole. Bartek jednak pomyślał teraz, aby zabrać ze sobą piłkę do samochodu.

- Pójdziemy teraz w drugą stronę – zdecydował, gdy przyjechali na miejsce. – Za tą łąką jest rzeczka, zobaczymy, jakie zwierzęta tam mieszkają.

- Samica jeża mieszka z dziećmi na łące – przypomniała sobie Jadwisia.

- Tak – przyznał Bartek. – Ale jeże wychodzą dopiero o zmroku. Możemy poszukać ich wieczorem.

Idąc łąką, dzieci pozdrowiły z daleka polujące na zdobycz bociany. Ptaki radośnie zaklekotały im dziobami. Za to zając nie chciał z nimi rozmawiać i wielkimi susami odbiegł dalej, by skubać zioła.

W trawie Jadwisia zobaczyła kręcące się małe zwierzątko.

- O, mysz! – zawołała do pozostałych.

- Nie jestem myszą – odpowiedziało zwierzątko. – Nazywam się ryjówka, bo mam bardzo cienki pyszczek, którym łapię owady. Karmię teraz w gnieździe ośmioro młodych, dlatego muszę nieustannie polować.

- Powodzenia! – powiedziała Jadwisia zwierzątku.

Żaba trawna, zapytana jak sobie radzi, wyraziła zadowolenie z życia na łące. Jednak w następnej chwili złapał ją i połknął drapieżny ptak. Ptak przedstawił się Jadwisi jako błotniak stawowy.

- Mam gniazdo w trzcinach nad rzeczką – wyjaśnił – gdzie karmię troje piskląt. Razem z moją samicą musimy dla nich ciągle polować.

- My właśnie idziemy nad rzeczkę – powiedziała błotniakowi Jadwisia. – Czy pokażesz nam swoje gniazdo?

- Wolałbym nie – odparł ptak. – Moje dzieci potrzebują spokoju.

Dziewczynka życzyła więc błotniakowi powodzenia i pożegnała go. Potem dotarła nad wodę razem z Bartkiem i Olą. Zadowolona, zdjęła sandałki i zanurzyła stopy.

- Au! – krzyknęła, gdy spod stóp umknął jej szary wąż. – Wąż, który umie pływać!

- Tak, – rzekł wąż – umiem pływać, bo jestem wężem zaskrońcem. Zaskrońce często polują na swoją zdobycz w wodzie.

- Więc ty także nie jesteś żmiją? – wolał upewnić się Bartek.

- Nie – rzekł wąż. – Jestem szary jak ona, ale bez zygzaka na grzbiecie. Co prawda niektóre żmije też nie mają zygzaka, ale ja jeszcze mam za głową żółte plamy, po których zawsze można odróżnić zaskrońca. Żadna żmija ich nie posiada.

Wąż rzeczywiście wyglądał tak jak powiedział: za głową miał żółte plamy w kształcie półksiężyców. Dzieci uświadomiły więc sobie, że nie każdy wąż musi być żmiją. Nie każdy zatem będzie dla nich groźny.

Wśród trzcin na brzegu uwijało się małe zwierzątko.

- Wodny wąż, a teraz wodna ryjówka! – wykrzyknęła Jadwisia, zauważając u niego cienki nosek.

- Jestem rzęsorek rzeczek – przedstawiło się zwierzę. – Podobny jestem do ryjówki, ale poluję na owady nad brzegiem wody. Ryjówka woli mieszkać dalej na lądzie.

Rzęsorek rzeczek umknął w ostatniej chwili, bo oto skoczył na niego zwinny mały drapieżnik. Miał wysmukłe ciało, brązowy grzbiet, biały brzuszek i czarny koniec ogona. Przedstawił się Jadwisi jako gronostaj.

- Czy masz dzieci? – zapytała dziewczynka.

- Mam ich w tym roku sześcioro. Są prawie odchowane, wkrótce już będziemy razem polować. Została z nimi ich matka, muszę przynieść im coś do zjedzenia.

I gronostaj pobiegł dalej polować. Dzieci natomiast rozpoczęły grę w piłkę nad brzegiem rzeczki. Do wieczora zostało trochę czasu, ale Jadwisia pamiętała, że mają ruszyć na poszukiwanie pani jeżowej.

Po pewnym czasie usłyszała donośny plusk. Pobiegła nad wodę i ujrzała, że to sporej wielkości zwierzę plasnęło w wodę ogonem. Chciało w ten sposób odgonić sarnę, która właśnie przyszła napić się wody.

- Pozwól sarence się napić – poprosiła Jadwisia zwierzątko. – Ona przecież nie będzie ci przeszkadzać…

- Dziękuję – powiedziała jej sarna i skorzystała z wodopoju. Potem odwróciła się i zniknęła w zaroślach.

- Kim jesteś? – zapytała Jadwisia nieznane zwierzę. – Bardzo głośno chlapiesz ogonem.

- Jestem młodym bobrem. Opuściłem moich rodziców, aby znaleźć sobie samicę i odpowiednie miejsce do zbudowania tamy. Czy wiesz może, gdzie tu w okolicy jest jakiś las nad wodą?

- Płyń w dół rzeki – powiedział Bartek, który w ślad za Jadwisią podszedł właśnie do wody. – Miniesz małe jeziorko i popłyń dalej, niedaleko będzie całkiem spory las.

- Dziękuję – odpowiedział bóbr i popłynął we wskazanym kierunku. Już go nie było, gdy w ślad za Bartkiem nad rzeczkę podeszła Ola. Miała w rękach piłkę, co spowodowało, że dzieci powróciły do zabawy.

Wkrótce słońce zaczęło zachodzić. Jadwisia przypomniała o jeżach Oli i Bartkowi.

- Ale jak je znajdziemy? – spytał Bartek. – Łąka jest bardzo duża, a jeż malutki.

Jadwisia jednak nie dawała za wygraną. W końcu Bartek jej uległ i cała trójka ruszyła przed siebie po łące. Szczęście im dopisało. Mała kolczasta kulka leżała w niewielkim dołku.

- Czy jesteś samicą jeża? – zapytała ją Ola.

Kulka rozwinęła się i powiedziała:

- Tak.

- A gdzie są twoje dzieci? – spytała z kolei Jadwisia. – Samiec powiedział nam, że mieszkasz z nimi na łące.

- Moje dzieci już się usamodzielniły – powiedziała pani jeżowa. – Przegoniłam je; niech sobie same radzą. Potem spotkałam się z innym samcem i wkrótce już urodzę następne młode.

- Nie boli cię, jak rodzisz małe jeże? – zapytał Bartek. – Jeże przecież mają ostre kolce...

- Ale kolce noworodków są miękkie – odrzekła samica jeża – i nie przeszkadzają w rodzeniu i karmieniu ich mlekiem. Twardnieją dopiero potem.

Dzieci pożegnały się z jeżem i ruszyły w stronę samochodu. Wkrótce wujostwo oraz Ania i Tomek skończyli pracę i dołączyli do nich. Razem pojechali do domu. Kładąc się tego wieczora spać, Jadwisia była prawie zadowolona. Troszeczkę żałowała tylko, że nie zdążyła poznać małych jeżątek.

    1. WYPEŁNIONE ZADANIE

Kolejne dni przebiegały jak dotąd – urzędowanie w stodole, gra w piłkę na nieużytkach za ogrodem, rozmowy ze zwierzętami. Jadwisia wciąż nie mogła jednak zapomnieć swojej wyprawy na pole. Myślała o problemach polnych zwierząt, o których one jej opowiadały. Brak miedz, zagajników śródpolnych, młode pisklęta ginące pod ostrzami maszyn… Dziewczynka zastanawiała się, jak mogłaby im pomóc.

Postanowiła na początek porozmawiać z ciocią Małgosią i wujkiem Władkiem. Ale oni nie byli zbyt chętni do współpracy. Jadwisia ich rozumiała – przecież muszą zarabiać pieniądze. Utrzymanie czwórki dzieci kosztuje, a w rolnictwie wcale się tak dobrze nie zarabia…

- Ja też chciałbym chronić przyrodę – powiedział wujek Władek. – Kiedy byłem mały, bardzo się nią interesowałem. Ale życie ma swoje prawa i dziś moim głównym obowiązkiem jest utrzymanie mojej rodziny. Praktycznie na nic więcej nie mam już czasu.

- Bartek mówił mi o jakichś wypłaszaczach do kosiarki – dodała ciocia Małgosia. – Ale ile one kosztują i gdzie je można kupić? Nie stać nas na inwestycje, które nie przyniosą dochodu.

- Ty Jadwisiu – rzekł wujek Władek – za kilka tygodni wrócisz do Warszawy. I o swoich rozmowach ze zwierzętami zapomnisz. A my tutaj zostaniemy z naszymi problemami, jak związać koniec z końcem.

- I z mnóstwem pracy – dodała ciocia Małgosia. – Gdy będziemy jeszcze chronić przyrodę, to nie starczy nam sił na nasze podstawowe obowiązki. A za tę dodatkową pracę nikt nam przecież nie zapłaci.

- Nieprawda, mamo – odezwała się Ania, która przysłuchiwała się rozmowie. – Czytałam w gazecie, że Unia Europejska płaci polskim rolnikom dotacje za ochronę przyrody.

- O, to coś ciekawego – zgodziła się ciocia Małgosia.

- Ale skąd się dowiedzieć – zapytał wujek Władek – jak mamy zdobyć te pieniądze?

- Zimą będzie czas pochodzić po urzędach – zauważyła ciocia Małgosia. – Może wtedy czegoś się dowiem.

- Jeśli tak, to za kilka miesięcy wrócimy do tej rozmowy. Może dam się przekonać – obiecał dzieciom wujek Władek.

- Mogę przecież już teraz poszukać w Internecie – zaproponował rodzicom Tomek.

- I sam będziesz jeździł do kawiarenki internetowej? – zaprotestowała ciocia Małgosia. – To za daleko. Poczekaj lepiej do września, wtedy posurfujesz w szkole.

Dzieci zauważyły, że opór rodziców słabnie. I nic dziwnego; oboje przecież w dzieciństwie interesowali się ochroną przyrody. Nadal chętnie coś by dla niej zrobili. Bartek miał więc pomysł, by przyspieszyć zebranie informacji.

- Przecież ciocia Ania pracuje w Komisji Europejskiej – przypomniał. - Napiszmy do niej maila, niech przed pracą czegoś się o tym dowie.

- Tobie też nie dam jechać samemu do kawiarenki internetowej – rzekł wujek Władek. – Poza tym nie wiemy, jak często ciocia Ania sprawdza swoją skrzynkę pocztową. Lepiej napiszmy do niej zwykły list; priorytetem dojdzie w trzy dni. Małgosiu, zrobisz to wieczorem?

- Oczywiście – zgodziła się ciocia Małgosia. – Pod warunkiem, że pozmywacie naczynia teraz i po kolacji.

- Będziemy zmywać naczynia cały miesiąc! - obiecały dzieci z entuzjazmem.

Tak więc następnego ranka wujek Władek pojechał na pocztę wysłać swojej szwagierce Annie list od siostry.

Kochana Aniu – pisała w nim Małgosia. –

Mam nadzieję, że dobrze Ci się żyje tam w Brukseli. Jadwisia tęskni za Tobą, ale podoba jej się u nas na wakacjach. Bardzo zżyła się z naszymi dziećmi. Co do nas, chcielibyśmy o coś ważnego Cię prosić. Wiesz dobrze, że interesujemy się ochroną przyrody. Dowiedzieliśmy się z prasy, że można teraz uzyskać dotację z Unii Europejskiej na taką działalność w gospodarstwie. Czy mogłabyś zdobyć dla nas szczegółowe informacje o tym? Bardzo bylibyśmy Ci wdzięczni.

Władysław i Małgorzata.”

Półtora tygodnia później przyszła od Anny odpowiedź.

Droga Małgosiu!

O dotacje z Unii Europejskiej musicie się starać w swoim Urzędzie Miejskim w Węgorzewie. Zebrałam dostępne tu dokumenty dotyczące projektu ochrony przyrody w gospodarstwie rolnym. Cieszę się, że zainteresowaliście się tą sprawą. O szczegółach porozmawiamy osobiście, kiedy przyjadę do Was. Tymczasem sama przetłumaczę na polski te materiały, bo akurat polskiej wersji tu nie było. Całuję Was -

Twoja Anna”

- Więc tak czy owak musimy czekać prawie do końca sierpnia, kiedy wróci ciocia Ania – skwitował Bartek wiadomość.

- Tak – odrzekła Jadwisia – ale to już tylko półtora tygodnia.

Czas ten dłużył się jednak Jadwisi niepomiernie. W końcu powitała swoją mamę na przystanku autobusowym, gdzie zawiózł ją wujek Władek, żeby mogły szybciej się zobaczyć. A w noc poprzedzającą ten miły dzień przyśnił się jej ukochany tata.

- Jadwisiu – powiedział do niej – wypełniłaś swoje zadanie. Dzięki tobie ciocia i wujek na nowo zainteresowali się ochroną przyrody. Jutro wraca twoja mama, i pomoże zająć się im tym w praktyce, dzięki wiadomościom, jakie uzyskała w Brukseli. A ty już nie będziesz taka samotna. Od jutra więc nie będziesz już rozmawiać ze zwierzętami, ani ci, którzy będą z tobą.

Jadwisi trochę zrobiło się tego żal. Ale szybko się rozpogodziła i powiedziała:

- To nieważne, tatusiu. Najważniejsze, że mama wraca. Cieszę się też, że dzięki jej informacjom uda się pomóc tym wszystkim zwierzętom, z którymi rozmawiałam.

- Na pewno! Widzisz więc, że było ważne, żeby mama wyjechała do pracy?

- Tak, tatusiu - uśmiechnęła się Jadwisia, a tatuś przytulił ją i pocałował w policzek. Potem się z nią pożegnał i wyszedł z jej pokoju.

Anna wróciła więc i przywiozła ze sobą przetłumaczone brukselskie materiały. Potem przez cały tydzień wieczorami omawiała ze szwagrostwem szczegóły projektu ochrony przyrody. Już wcześniej trochę się na tym znała. Tłumaczyła więc im znaczenie miedz, zadrzewień śródpolnych, stosowania bardziej różnorodnych upraw na mniejszych areałach i nawożenia ich obornikiem, zamiast sztucznymi nawozami. Namawiała też do przebudowania obory i urządzenia pastwiska dla krów na nieużytkach za domem. Uczyła ułatwiania życia ptakom i innym zwierzętom polnym. Na koniec pomogła szwagrowi wypełnić wniosek o unijne pieniądze i razem z nim nawiązała kontakt z lokalną organizacją ochrony przyrody.

- Ci ludzie pomogą ci wdrożyć program – powiedziała – i będą służyli poradą.

A potem trzeba było wracać do domu, by Jadwisia poszła do szkoły. Kiedy wsiadały do pociągu, dziewczynka cieszyła się, że jej mama przemieniła gospodarstwo wujostwa. To dzięki niej bowiem żyjące tu zwierzęta będą miały zapewnioną ochronę.


Ten i inne moje teksty można znaleźć na stronie:

http://ipliszka.com.pl/

Zapraszam!

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz